Print this page

Świdnica w okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648)

    Bogactwo i znaczenie gospodarcze Śląska od wieków „zachęcało” sąsiadujące z nim kraje do jego zawładnięcia. Śląsk, a z nim i Świdnica, wielokrotnie zmieniał przynależność państwową. W 1526 r. stał się jedną z prowincji wchodzącą w skład monarchii Habsburgów. Już kilka lat po wystąpieniu w 1517 r. w Wittenberdze Marcina Lutra prądy reformacji dotarły do miasta i wkrótce większość jego mieszkańców przeszła na protestantyzm. Monarchia Habsburgów w ciągu szesnastego wieku stała się konglomeratem rożnych narodów, zróżnicowanym dodatkowo wyznaniowo. Sprzeczności w niej występujące doprowadziły w końcu do wybuchu w 1618 r. wojny, która objęła wiele krajów Europy i zakończyła się dopiero po trzydziestu latach podpisaniem pokoju westfalskiego (1648 r.).
    Wojna nie ominęła również Śląska. Wyjątkowo straszne żniwo zebrała ona w Księstwie Świdnicko-Jaworskim, a Świdnica z pewnością zaliczała się do miast, które jej skutkami dotknięte zostało najbardziej. Po zakończeniu wojny na terenie Księstwa Świdnicko-Jaworskiego znajdowały się obszary, na których ludność zmniejszyła się o ponad 2/3 w stosunku do okresu sprzed 1618 r., a niektóre wsie wręcz zupełnie znikły z  powierzchni ziemi (np. wieś Laurichendorf pomiędzy Bojanicami i Bystrzycą Górną). Przypuszcza się, że na początku XVI w. Świdnica liczyła ok. 11.000 mieszkańców i najpewniej u progu wojny trzydziestoletniej liczba ta zbytnio nie ulęgła zmianie. Przed jej wybuchem około 1.800 osób posiadało obywatelstwo miasta.
    Świdnica słynęła z bogactwa i jeszcze w latach 1623/24 miała większe dochody od wydatków (191.563 talarów przychodów i 184.723 talarów wydatków). W pierwszych latach wojny Świdnica szczęśliwie nie została bezpośrednio dotknięta jej skutkami, mimo że stany śląskie opowiedziały się po stronie protestanckiego władcy Czech Fryderyka V, tzw. „króla zimowego”. Został on wybrany przez przedstawicieli Czech i Moraw 27 sierpnia 1619 r. Król Fryderyk V uzyskał również poparcie książąt śląskich. Początkowo ewangelicy śląscy wierzyli, że nie zostaną bezpośrednio dotknięci wydarzeniami w Czechach. Pokładali oni pełną nadzieję w „list majestatyczny” z 1609 r. cesarza Rudolfa II, w którym mieli zapewnioną wolność religijną.
    Zawarty w 1609 r. związek obronny zobowiązywał stany śląskie do udzielania pomocy królestwu czeskiemu. Z powodu napiętej sytuacji politycznej w lipcu 1618 r. zarządzono zbrojenia na Śląsku. Wystawiono 6.000 żołnierzy (4.000 piechoty i 2.000 jazdy). Na ich czele stanął margrabia Johann Georg z Karniowa (kalwin z wyznania). Pochodził on z rodu Hohenzollernów i był w bliskich kontaktach z późniejszym królem Fryderykiem V. Gdy jesienią 1618 r. wojska cesarskie wkroczyły do Czech, Johann Georg z Karniowa udał się tam również z ponad 3.000 żołnierzy.
    W wyniku działań wojennych (zakończonych 8 listopada 1620 r. klęską wojsk czeskich w bitwie pod Białą Górą w pobliżu Pragi) król Fryderyk V musiał opuścić Czechy. Wojna zaś coraz bardziej zaczęła zbliżać się do granic Śląska.
    Dnia 27 marca 1621 r. przybył do Świdnicy margrabia Johann Georg z Karniowa. Stacjonował on wcześniej z wojskami stanów śląskich na Łużycach (6.000 żołnierzy), chroniąc je przed wojskami saskimi. Za zezwoleniem Rady Miejskiej, wraz z oficerami, zamieszkał w Świdnicy. Na czas jego pobytu miasto zwerbowało niewielki oddział piechoty oraz wystarało się o działa. Dodatkowo 100 mieszczan stróżowało w dzień i w nocy. Wojska margrabiego opuściły 5 kwietnia Świdnicę i udały się na Węgry.
    Kilka miesięcy później do miasta przybyło 5 niewielkich oddziałów wojsk saskich pod dowództwem pułkownika von Schliebena (w tym okresie wojny Saksonia była sojusznikiem Habsburgów). W Świdnicy planowano umieścić sztab, a na wsi pozostałych żołnierzy. Jednak do miasta przybyła cała armia. Kontakty pomiędzy pułkownikiem von Schliebenem i Radą Miejską nie były dobre, także dowódca saski żalił się nawet w liście do swego władcy, że świdniczanie nie wręczyli mu kluczy do miasta, powołując się przy tym na jego dawne przywileje. Żołnierze nie byli zadowoleni z mieszkań, sam pułkownik musiał zamieszkać w oberży. Żołnierze sascy wydawali w mieście pieniądze o niskiej zawartości srebra. Były one nazywane Papphahne. Początkowo miały wartość 24 groszy, a po ich wymarszu 13 groszy. Wojska saskie przebywały w Świdnicy do 1 grudnia 1621 r. Podczas ich pobytu ceny żywności w mieście wzrosły aż trzy-czterokrotnie.
    Do końca 1622 r. nastąpiła pacyfikacja Śląska przez żołnierzy cesarskich, a margrabia Johann Georg z Karniowa musiał rozpuścić wojska stanów śląskich i ujść z kraju. Umarł niedługo później (1624 r.).
    Z okresu wojny trzydziestoletniej pochodzi najstarszy widok perspektywiczny Świdnicy, wykonano go w 1623 r. Przedstawia on miasto w okresie rozkwitu, przed zniszczeniami do których doszło w dalszym okresie wojny. Świdnica była otoczona potrójnym murem obronnym, w których znajdowało się siedem bram. Świdnica w 1623 r.Wokół murów rozpościerają się rozległe przedmieścia.
    W grudniu 1623 r. na terenie Księstwa Świdnicko-Jaworskiego zakwaterowano 1.000 nowo zwerbowanych cesarskich dragonów. Cześć z nich rozlokowano w Świdnicy. Rekwirowali oni miejscowej ludności wozy z końmi oraz dopuszczali się innych gwałtów. Dodatkowo ustalono dla żołnierzy warunki wyżywienia, oficerowie powinni otrzymywać dziennie sześć potraw, trzy garnki wina oraz piwo według potrzeby. Podobnie ustalono zasady wyżywienia dla zwykłych żołnierzy.
    Lata 1624-1625 to okres nowych obciążeń, pogłębiony przez pogorszenie się jakości pieniądza. Książęta śląscy, aby podołać wydatkom wojennym, wybijali niepełnowartościowe monety. Spowodowało to dewaluację i związaną z tym drożyznę.
W Świdnicy doszło w 1621 r. do reaktywowania mennicy, działała ona do 1623 r. Dopiero w 1624 r. cesarz Ferdynand II wydał zarządzenie, na mocy którego zakazał książętom bicia własnych monet i wprowadził jako urzędowe tzw. grosze cesarskie. Miało to przyczynić się do likwidacji chaosu monetarnego.
    Do nieszczęść wojny doszły powtarzające się na Śląsku co roku epidemie. Nie ominęły one Świdnicy, np. w 1625 r. umarły 423 osoby. Epidemia wybuchła na św. Jana i pierwsze zachorowania stwierdzono w domu kuśnierza przy ul. Kraszowickiej (obecnie ul. Trybunalska). Miała ona być ponoć wywołana zarazkami, które przetrwały w zakupionej odzieży. Epidemia trwała do zimy. Chorych umieszczano w domkach za miastem, aby ograniczyć rozprzestrzenianie się zarazy. Inną „plagą” było zakwaterowania żołnierzy cesarskich w domach mieszkańców. Jakby tych wszystkich nieszczęść było mało, doszła do tego klęska nieurodzaju.
    W 1625 r. nastąpiła dalsza eskalacja wojny. Państwa protestanckie: Anglia, Holandia i Dania zawarły przymierze w celu ratowania sprawy protestanckiej.
    W roku 1626 Świdnica musiała wystawić oddział złożony z 80 osób. Utworzono z nich kompanię pod dowództwem kapitana von Dönhofa. W ciągu 13 miesięcy wydano na jej zaopatrzenie, żołd i amunicję około 10.826 florenów.
    W 1626 r. naczelny dowódca wojsk cesarskich książę Albrecht von Wallenstein przybył na czele 30.000 żołnierzy na Śląsk. Dnia 23 sierpnia dotarł do Świdnicy. Rajcy miejscy udali się przed Bramę Strzegomską, aby przywitać słynnego wodza i wręczyć mu klucze do miasta. Nie przyjął ich i wezwał przy tej okazji mieszczan do zachowania wierności cesarzowi. Wallenstein wkroczył następnie do miasta przez Bramę Dolną i udał się na kwaterę do domu „Pod Złotym Chłopkiem” (Rynek 8). Był on wtedy własnością dr. med. Henryka Kunitza, ojca znanej później astronomki Marii Kunitz. Razem z Wallensteinem zakwaterowano w mieście wyższych dowódców, zaś pozostałych żołnierzy w okolicznych wsiach, którzy od razu poczynili w nich wiele szkód, m.in. podpalali domy oraz wypędzali konie i bydło. Gdy następnego dnia wieść o tym dotarła do dowództwa, wyznaczyło ono komisję do spraw zaopatrzenia wojska w żywność. Miasto od pierwszego dnia pobytu armii musiało jej dostarczać chleb i piwo. Dnia 24 sierpnia Rada Miejska urządziła ucztę dla Wallensteina i jego generałów.
    Z pobytem Albrechta von Wallensteina związane było ciekawe wydarzenie. Podczas dwóch nocy, które spędził w Świdnicy, na rynku musiała być zachowana jak największa cisza, zakazano nawet gwizdania stróżom nocnym, a zegar na wieży ratuszowej nie mógł wydzwaniać godzin. Nic bowiem nie mogło zakłócać ciszy nocnej wybitnego wodza. Rankiem 25 sierpnia Wallenstein w towarzystwie niewielkiego oddziału huzarów opuścił Świdnicę i udał się do Ołomuńca na Morawach. Jego dwudniowy pobyt kosztował miasto 7.241 florenów.
    W ostatnim dniu 1626 roku przybył do Świdnicy pułkownik wojsk cesarskich książę Franz Albrecht von Sachsen-Lauenburg. Zażądał on 7 stycznia 1627 r. kwater dla dwóch kompanii jeźdźców i pięciu kompanii piechoty. Rada Miejska jednak odmówiła, powołując się na rozporządzenie cesarza Ferdynanda II, w którym miała zapewnienie zwolnienia Księstwa Świdnicko-Kaworskiego od kwaterunku żołnierzy. Gdy książę zagroził przemocą, odwołała się do starosty księstwa Kaspara von Warnsdorfa. Ten ostatni opierając się na cesarskim przywileju podtrzymał stanowisko mieszczan. Książę wymusił jednak ostatecznie na stanach Księstwa Świdnicko-Jaworskiego utrzymanie wojsk, uzupełnienie jego wyposażenia oraz dodatkowo 20.000 guldenów tygodniowo.
    W Świdnicy ulokowano główną kwaterę księcia wraz ze sztabem i siedmioma kompaniami żołnierzy. Załoga ta była utrzymywana przez miasto, które tygodniowo musiało dostarczyć 8.400 funtów mięsa, tyle samo chleba oraz dodatkowo inne produkty żywnościowe. Świdniczanie musieli ponadto przekazać księciu klucze do bram miejskich oraz zgodzić się na wydanie dużej ilości broni z arsenału. Oficerowie i żołnierze żyli głównie na koszt właścicieli domów w których mieszkali, gdyż tygodniowy żołd wystarczał im zaledwie na dwa, trzy dni. Dodatkowo w 1627 r. bardzo we znaki dała się zima, podczas niej wiele osób doznało odmrożeń rąk i nóg oraz umarło. Śmierć nie wybierała, umierali mieszczanie oraz żołnierze. Ponadto ci ostatni przywlekli ze sobą zarazę, zwaną „chorobą węgierską”. Jakby tych nieszczęść było jeszcze mało, to stopniowo odbierano ewangelikom możliwość odprawiania nabożeństw w świdnickich kościołach.
    Z nadejściem wiosny świdniczanie oczekiwali na wymarsz wojsk cesarskich. Dwudziestotygodniowy ich pobyt na terenie Księstwa Świdnicko-Jaworskiego kosztował jego mieszkańców (do 9 kwietnia) 240.000 florenów. Dnia 19 maja książę zażądał na zjeździe stanów w Świdnicy dodatkowo 120.000 florenów na utrzymanie wojsk i jeszcze 1.200 florenów tygodniowo na uzbrojenie. Przekonywanie, że zdobycie takiej sumy jest niemożliwe, na nic się zdało. Ostatecznie stany musiały zgodzić się na żądaną kwotę i uiścić ją w trzech ratach po 40.000 florenów.
    Dnia 7 czerwca książę wyruszył w końcu w drogę udając się do wojsk Wallensteina w Głubczycach. Pozostawił jednak w Świdnicy dwie kompanie piechoty i jedną kompanię jeźdźców po dowództwem podpułkownika w celu egzekucji należności.
    Wymarsz wojsk księcia Franza Albrechta von SachseKsiążę Franz Albrecht von Lauenburgn-Lauenburga wywołał wielką radość w mieście, była ona jednak przedwczesna, książę bowiem przygotował „niespodziankę”. Już po ośmiu dniach po jego wymarszu dostarczono do Świdnicy, z kwatery głównej księcia spod Nysy, list w którym zawiadomił on o umorzeniu pozostałej do zapłacenia kwoty pieniędzy. Przedłożył jednak nową kontrybucję w wysokości 160.000 florenów. Książę po odniesieniu ciężkiej ranny w ramię w bitwie pod Karniowem przybył 29 czerwca do Świdnicy. Zawiadomił on 8 lipca Radę Miejską, że swoje ostatnie żądania finansowe w stosunku do miasta zmniejszył do kwoty 150.000 florenów, lecz suma ta musi być zapłacona w trzech ratach do Świąt Bożego Narodzenia 1627 r. Miasto nie dysponowało jednak już gotówką i musiało oddać klejnoty oraz przedmioty ze złota i srebra.
    W dniach od 9 do 12 sierpnia 1627 r. w Świdnicy i jej okolicy stacjonowało 14.000-15.000 żołnierzy Albrechta von Wallensteina pod jego osobistym dowództwem. Wojsko zakwaterowano w mieście oraz w okolicznych wsiach. Z ich pobytem wiązały się kolejne dotkliwe obciążenia mieszkańców. Wallenstein otrzymał w 1627 r. od cesarza rozkaz oczyszczenia Śląska z wojsk protestanckich. Również one łupiły jego mieszkańców. Przegnanie ich wcale nie poprawiło doli mieszkańców Śląska, obecnie kontrybucję  wymuszały na nich oddziały cesarskie.
    Od jesieni 1627 r. do końca 1628 r. Świdnica była prawie zupełnie uwolniona od kwaterunków żołnierzy. Dopiero 20 stycznia 1629 r. zjawili się w mieście osławieni dragoni Lichtensteina. W Świdnicy dowodził nimi pułkownik Karol Hanibal von Dohna. Dragoni wymusili na mieszkańcach dostarczanie żywności oraz pieniędzy. Żołnierzy tych władze cesarskie wykorzystywały do „zachęcania” ewangelików do powrotu na wiarę katolicką. W tym celu kierowano ich na kwatery do domów protestantów, gdzie mogli hulać do woli. Dopiero gdy jego właściciel przyniósł kartkę od spowiedzi (służyła jako dowód przejścia na katolicyzm), był uwalniany od przymusu „goszczenia”. W Świdnicy zaświadczenie odbytej spowiedzi wydawali dominikanie. Nawet burmistrz miasta Erasmus Junge nie uchronił się przed kwaterunkiem.
    Dnia 20 lipca 1629 r. starosta Księstwa Świdnicko-Jaworskiego Henryk von Bibran wyznaczył nową, złożoną z katolików, Radę Miejską. Nakazała ona ewangelickim duchownym opuszczenie miasta. Tylko nieliczni protestanci pozostali na swoich stanowiskach we władzach miasta. Wynikało to jedynie ze zbyt małej ilości katolików mogących podołać temu zadaniu. Dopiero w styczniu 1630 r. oddziały dragonów Lichtensteina opuściły Świdnicę. Jednak przed ich odejściem przybyli jezuici w celu kontynuowania dzieła rekatolizacji. Rada Miejska zabroniła mieszczanom uczęszczania na nabożeństwa ewangelickie odprawiane w okolicznych wsiach oraz zarządziła, aby dzieci rodzin protestanckich były oddawane do nauki jezuitom.
    W następstwie powtarzających się petycji na dworze cesarskim Ferdynand II zgodził się 3 sierpnia 1630 r. zwolnić Księstwo Świdnicko-Jaworskie od wszelkich kwaterunków i rozkazał pułkownikowi von Dohna wyprowadzenie wojsk. Wydarzenie to nastąpiło w momencie, gdy doszło do dalszej eskalacji wojny. Spowodowana ona była wmieszaniem się Szwedów do wojny trzydziestoletniej i wkroczenie ich armii w 1630 r. do północnych Niemiec. Doprowadziło to do zmiany sytuacji militarnej i politycznej. Pod wpływem zwycięstw króla szwedzkiego Gustawa Adolfa, elektor saski i brandenburski opuścili obóz sojuszników cesarza i przeszli na stronę szwedzką. Sasi i Brandenburczycy otrzymali polecenie zdobycia Śląska. Dnia 10 sierpnia 1632 r. do Świdnicy weszły oddziały sasko-brandenburskie. Dnia 5 września przybyło do miasta dowództwo sojuszniczych oddziałów. Sasko-brandenburskie wojska liczyły 15 kompanii jeźdźców oraz 10 kompanii piechoty. Ich utrzymanie kosztowało świdniczan znaczne sumy pieniędzy, jednak mieszczanie dawali je chętnie, ponieważ pod ochroną żołnierzy ewangelickich ponownie w kościele parafialnym mogły odbywać się nabożeństwa protestanckie. Otwarto również ewangelicką szkołę łacińską. Po wkroczeniu wojsk protestanckich wypędzono z miasta jezuitów oraz katolickiego proboszcza. Powrócił zaś ewangelicki pastor i nauczyciele.
    W 1632 r. wybuchła kolejna zaraza w mieście. Dnia 7 października karczmarze zwrócili się do Rady Miejskiej z prośbą o wydanie zakazu opuszczania domów przez ludzi chorych i ich przychodzenia na targ. Miało to spowodować ograniczenie rozpowszechniania się epidemii.
    W dniu 17 lutego i 18 maja 1633 r. w Świdnicy wybuchały pożary, przy tym ten drugi był znacznie większy. Spowodowały one napływ do wewnętrznego miasta (za murami) dużej ilości uciekinierów z spalonego południowego przedmieścia.
    Tymczasem w 1633 r. Wallenstein zjawił się ponownie na Śląsku i prawie cały kraj został oczyszczony z wojsk protestanckich. Wallenstein postanowił opanować również Świdnicę.
    Dnia 14 czerwca 1633 r. wkroczył do Świdnicy regiment Szwedów. Z powodu  braku wystarczającej ilości do zamieszkania kwater wykorzystywano do tego celu nawet najbardziej nieodpowiednie miejsca. W dniu 4 lipca 1633 r. wojska Wallensteina otoczyły Świdnicę. We wsiach (Wilków, Niegoszów, Pszenno, Jagodnik i Boleścin) armia jego stanęła obozem. Wielu mieszkańców okolicznych miejscowości uciekając przed brutalnością żołnierzy schroniło się w obrębie murów miejskich.
Protestancka załoga miasta pod dowództwem podpułkownika Schönfelda prowadziła silny ogień na oddziały przeciwnika. Jednak nie mogła przeszkodzić w usadowieniu się ich na wzgórzu przy ul. Wrocławskiej, na tzw. „Vogelstangeberge” (w miejscu tym obecnie znajduję się obecnie Gimnazjum nr 3). Ostrzał miasta trwał pięć godzin. Jedna z wystrzelonych kul trafiła w dom przy ul. Przechodniej i zdruzgotała mieszkającemu tam poszewnikowi nogę oraz ciężko raniła jego żonę. Inna, która uderzyła w dom balwierza przy ul. Długiej (w pobliżu kościoła św. Stanisława i św. Wacława), zabiła dwie i zraniła śmiertelnie trzy osoby. Również przy ul. Teatralnej został całkowicie zniszczony jeden z domów i  trzy  znajdujące się tam osoby zginęły. Ażeby przeszkodzić postępom oblężenia obrońcy podpalili kilkaset budynków na przedmieściach przed bramami: Dolną, Piotrową i Kapturową. Przed tą pierwszą znajdował się młyn szpitalny i zniszczeniu w nim uległa duża ilość zboża i maki. Na szczęście podczas pożaru ocalał młyn papierniczy (znajdował się w pobliżu dzisiejszego skrzyżowania ul. Równej z ul. Mieszka). Ogień został tam ugaszony przez żołnierzy cesarskich. Liczba spalonych w 1633 r. budynków wynosiła około 850. W czasie pożarów uszkodzeniu uległ kościół pw. św. Mikołaja  (już nie istnieje - stał w miejscu dzisiejszego Banku Zachodniego Oddział Świdnica przy al. Niepodległości) oraz kościół św. Michała (obecnie w tym miejscu znajduję się kościół pw. św. Krzyża). Również kościół pod wezwaniem św. Ducha (przy dzisiejszej ul. Westerplatte) został spalony w 1633 r. i odbudowano go dopiero w 1700 r. Cudem uniknięto strasznego nieszczęścia, jakim mogła być eksplozja 10.000 kg prochu zmagazynowanego na rynku. Na szczęście podczas  pożaru był korzystny kierunek wiatru.
    Dnia 6 lipca 1633 r. zjawiła się pod Świdnicą, dla wsparcia obrońców miasta, szwedzko-sasko-brandenburska armia.  Rozłożyła się ona obozem w pobliżu wsi Stary Jawornik, Sulisławice, Zawiszów, Bolesławice i Wierzbna. W pobliżu tej ostatniej wybudowano umocnienia na pobliskim wzgórzu. Wallenstein nakazał usypanie szańców na wzgórzu Kuhberg (wzniesienie przy ul. Bystrzyckiej w Świdnicy). Do walki pomiędzy wrogimi armiami jednak nie doszło, wręcz przeciwnie, zawarto zawieszenie broni na cztery tygodnie. Podczas jego ratyfikacji na tzw. „zielonym polu” (znajdowało się ono pomiędzy Pszennem i Świdnicą) został śmiertelnie ranny przez nieznanego sprawcę dowódca jednego z regimentów wojsk ewangelickich, następca tronu duńskiego, książę Ulrich. Został on przewieziony do Świdnicy, gdzie najbliższej nocy umarł.
    Tymczasem w mieście zapanował wielki niedostatek. Jak już wcześniej wspomniano za jego murami schroniło się wiele osób mieszkających wcześniej na przedmieściach oraz w okolicznych wsiach. Spowodowało to olbrzymie przeludnienie. Wiele budynków w Świdnicy było krytych drewnianymi gontami, podczas oblężenia zdejmowano je, aby utrudnić rozprzestrzenianie się pożarów. Jednak w tym okresie wystąpiły ciągłe ulewy i niszczyły one mieszkania. Dodatkowo wkrótce w mieście  dał się odczuć brak żywności i zapanował wielki głód.  Następstwem tego była straszliwa zaraza. Umarło na nią, nie licząc żołnierzy, do 1 stycznia 1634 r., 16.000-17.000 ludzi. Niejednokrotnie podczas dnia umierało 200-300  osób. Zaczęło brakować tragarzy i grabarzy do chowania zwłok i nie można było nadążyć z ich usuwaniem z miasta. Leżały one na ulicach nie pogrzebane. Bogaci mieszczanie oferowali ogromne sumy, aby zapewnić sobie godny pochówek. Często pogrzebem zajmowali się żołnierze. Z surowych desek zbijali  trumny i sprzedawali je po 30-50 dukatów. Ponieważ cmentarze były przepełnione, często zwłoki wyrzucano do fos, a trumny sprzedawano ponownie. W mieście pojawiły się sfory bezpańskich  psów pożerających nie pogrzebane szczątki ludzkie. Niektóre z ulic, np. Pańska i Siostrzana, były zupełnie wymarłe. Z spośród świdnickich rajców tylko trzech (z sześciu) uszło z życiem. Sytuacja ta spowodowała to, że żołnierze zeszli z murów obronnych i obozowali w namiotach na łąkach pod miastem.
    Zaledwie jednak odeszli, rozpoczęły się nowe udręki dla mieszkańców. W październiku przybył do Świdnicy cesarski naczelny radca sądu wojskowego i zażądał zapłacenia 80.000 talarów oraz 1.000 dukatów, zezwolił także kapitanowi Kellermannowi, za kwotę 40 dukatów, na plądrowanie duchownych ewangelickich. Około Zielonych Świątek 1634 r. rozpoczęła się odbudowa miasta. Aby chronić je przed hordami plądrujących żołnierzy, młodzi, krzepcy świdniczanie uzbroili się i ochraniali miasto.
    Wczesnym  rankiem 6 stycznia 1635 r. pułkownik Klinkowski próbował zdobyć Świdnicę.Próba zdobycia Świdnicy przez pułkownika Klinkowskiego Ukrył on w czasie nocy swoich żołnierzy w piwnicach spalonych domów i planował wtargnąć do miasta w  momencie przejazdu przez bramę Dolną furmanki. Jednakże jego zamysł został udaremniony przez straż mieszczańską, która szybko podniosła  most zwodzony i otworzyła ogień.
    W 1635 r. cesarz zawarł w Pradze pokój z Brandenburgią i Saksonią, rokowało to nadzieję na szybkie zakończenie wojny, jednak trwała ona jeszcze trzynaście lat. Ewangelicy w Świdnicy mieli nadzieję, że otrzymają wolność religijną. Tak się nie stało, wygnano ewangelickich duchownych oraz przekazano jezuitom kościół parafialny. Przez pewien okres czasu  protestanci uczęszczali na nabożeństwa do kościołów w pobliskich wsiach: w Witoszowie oraz w Pszennie, ale i to zostało im zakazane.
    Do 1647 r. Świdnica posiadała olbrzymią armatę, zwaną „Lochą”, bądź też „Grzmiącą Puszką”. Została ona najpewniej odlana w połowie XV w. w Norymberdze. Do jej ciągnięcia potrzeba było zaprząc kilkadziesiąt koni. Podczas wojny trzydziestoletniej wystrzelono z niej w dniu 2 lipca 1635 r. (sprzed bramy Strzegomskiej), kiedy oficjalnie ogłoszono zawarcie pokoju pomiędzy cesarzem i elektorem saskim. Kula o wadzę ponad 3 cetnarów (ok. 160 kg) poleciała na odległość 2.667 kroków. W grudniu 1647 r. z polecenia starosty Księstwa Świdnicko-Jaworskiego Georga Ludwika von Stahremberga, armata została rozbita i przetopiona. Dnia 6 lutego 1648 r., to co z niej pozostało, załadowano do beczek i poprzez Kłodzko zawieziono do Pragi. Kamienna kula do "Lochy"?
    Jeszcze w 1635 r., oraz w 1636 r. i 1637 r.  miasto musiało ponieść ofiary na rzecz wojsk, które przemieszczały się przez Świdnicę, po czym przez kilka lat nie było dotknięte działaniami wojennymi. Dnia 31 maja 1642 r. pod Świdnicą zjawił się szwedzki generał Lennart Torstenson. W mieście znajdowały się wtedy dwie kompanie żołnierzy cesarskich pod dowództwem pułkownika Bourré. Dwie dalsze pod dowództwem sekretarza rady Wittibera i starszego cechu piekarzy Scholza wystawili mieszczanie.  Oblężeni oczekiwali na odsiecz i rzeczywiście książę Franz Albrecht von Lauenburg wyruszył ze swojego obozu pod Wrocławiem, aby pomoc oblężonym. Wódz szwedzki udał się natychmiast naprzeciw i pokonał wojska cesarskie w bitwie pomiędzy Marcinowicami i Szczepanowem w pobliżu Świdnicy (31 maja 1642 r.). Bitwa pod Szczepanowem i MarcinowicamiW ręce zwycięzców wpadło 2.000 jeńców, 40 sztandarów, 4 działa oraz kasa wojenna. Ciężko ranny książę Franz Albrecht von Lauenburg  trafił do niewoli szwedzkiej.
    W dniu 1 czerwca Torstenson ponowił oblężenie. Rozlokował on jeden regiment żołnierzy w ruinach ul. Kapturowej Zewnętrznej (dzisiaj ul. W. Łukasińskiego), drugi za cmentarzem św. Mikołaja (okolice Banku Zachodniego). Rozkazał ponadto zatoczyć działa na wzgórze przy ul. Saperów oraz przed bramą Witoszowską (rejon ul. Wałbrzyskiej). Następnie rozpoczęto ostrzał miasta ogniem krzyżowym. Wkrótce rozbito mur w pobliżu bramy Dolnej. Uzbrojeni mieszczanie stanęli przy niej i oczekiwali na szturm. Szwedzi byli już przygotowani do ataku, gdy 3 czerwca dobosz wszedł na wał i biciem w bęben zawiadomił, że dowódca wojsk cesarskich jest gotowy do rokowań. Udał się on następnie do obozu szwedzkiego, aby omówić warunki poddania miasta.  Kiedy oczekiwano na wynik rokowań, uzbrojeni mieszczanie na krótko się wycofali. Wykorzystali to szwedzcy żołnierze, którzy przez wspomniany wcześniej wyłom dostali się do miasta i otworzyli bramy. Dalszy opór stał się daremny i miasto się poddało. Żołnierze szwedzcy po wejściu do Świdnicy rozpoczęli plądrowanie. Starosta Księstwa Świdnicko-Jaworskiego von Starhemberg oraz inni urzędnicy musieli wykupić się z niewoli za wysokie sumy pieniędzy. Jezuici zostali zamknięci przez Szwedów w klasztorze Franciszkanów, a następnie na zamku. W końcu pod ochroną eskorty odesłano ich do Wrocławia. Miasto otrzymało polecenie zapłacenia 6.000 talarów okupu za miejskie dzwony, nie miało jednak tyle gotówki i w zamian dostarczono wyroby ze srebra oraz odznaczenia bractwa kurkowego.
    Do Świdnicy przybył szwedzki pułkownik Adam Hacke z regimentem piechoty oraz kapitan Bock z kompanią jeźdźców. Pozostała część wojsk szwedzkich podążyła dalej. Pułkownik Hacke nakazał mieszczanom zdanie broni.
    Jeńców rannych w bitwie pod Szczepanowem i Marcinowicami przetransportowano do miasta, wśród nich był książę Franz Albrecht von Lauenburg. Umarł on 10 czerwca w Świdnicy. Jego ciało zostało zabalsamowane i przetransportowane w rodzinne strony (według Eduarda Groegera zwłoki księcia prawdopodobnie złożono do miedzianej trumny, którą umieszczono w  kaplicy na wzgórzu zwanym Pfarrberg w pobliżu Pszenna. Kaplica ta istniała jeszcze w kon. XVIII w.). Po pułkowniku Hacke komendę nad miastem przejął podpułkownik Winter, a po nim pułkownik Meier.
    Szwedzcy oficerowie oraz żołnierze byli bardzo bezduszni w stosunku do  świdniczan. Pułkownik Meier zażądał, aby mieszczanie pod przysięgą zobowiązali się do udzielania mu pomocy. Jednak Rada Miejska, podobnie jak cechy, nie zgodziła się na to. Od tego czasu traktowanie mieszkańców przez żołnierzy się jeszcze pogorszyło. Pułkownik uznał ich za swoich nieprzyjaciół i nie ochraniał przed gwałtami żołnierzy. Żołnierze szwedzcy często rabowali opuszczone domy. Ponieważ w zniszczonym mieście brakowało stajni, więc Szwedzi nakazali świdniczanom odbudowanie kaplicy pw. św. Piotra i św. Pawła i urządzili w niej stajnie. Kolejnym komendantem miasta został pułkownik Seestädt.
    W listopadzie 1643 r. wojska cesarskie pod dowództwem pułkownika Capauna i Tappa rozpoczęły oblężenie miasta (trwało ono aż pół roku). Aby podnieść obronność miasta jego szwedzki komendant Seestädt nakazał odbudować uszkodzone odcinki murów miejskich, ponadto oszańcował bramę Kapturową i w zachowanych kościołach przybramnych ulokował wartownię. Mieszkańcy Świdnicy nie spodziewali się tak szybko nowego oblężenia i nie zdążyli zaopatrzyć się w żywność. Zbliżała się zima i zaczęło brakować drewna. Około Bożego Narodzenia spożyto prawie całą żywność i świdniczanie musieli oddawać za nią swoje najlepsze mienie. Szwedzki komendant nie chciał nic oddać z zapasów wojskowych. Niewielka ilość zboża znajdowała się w ratuszu. Mielono je i mąkę sprzedawano po wysokiej cenie. Mąkę mieszano z otrębami, plewami oraz krwią bydlęcą, bądź końską i wypiekano chleb. Z braku innego mięsa, również psy, koty i konie stały się specjałami, a około Zielonych Świąt 1644 r. zabrakło i tych zwierząt. Zdarzało się, że żołnierze przeszukiwali domy i rabowali resztki pożywienia. W okresie tym także bogaci mieszczanie głodowali, ponieważ zboże było bardzo drogie. Komendant  miasta uważał, że zmniejszając liczbę mieszkańców przedłuży czas obrony i w związku z tym otworzył bramy i pozwolił kilkuset osobom opuścić Świdnicę. Żołnierze wtargnęli wówczas do opuszczonych domów, rozebrali je i sprzedawali pozyskane drewno. Niedługo miasto w obrębie murów stało się podobne rumowisku. Z 500 domów ostało się w końcu 118, a i te często groziły zawaleniem.
    Seestädt otrzymał od generała Torstensona polecenie jak najdłuższej obrony Świdnicy, jednak jeżeli miało to już być niemożliwe miał kapitulować na honorowych warunkach. W końcu nadszedł ten dzień. Podczas pertraktacji w sprawie kapitulacji zezwolono jedynie na wolne odejście dowódcom, pozostali żołnierze mieli zostać wcieleni do armii cesarskiej. Wkroczyła ona do miasta 14 maja 1644  r., cesarską załogą dowodził starszy wachmistrz Hegewaldt. Pozostał on na tym stanowisku do końca wojny.
    Według jednego z kronikarzy w 1648 r. w Świdnicy znajdowało się jedynie 118 nędznych domów, w których mieszkało 200 zubożałych  mieszczan. Za murami, w wąskich uliczkach oraz w opuszczonych domach, było wiele „nieczystości”. Tak, że jeszcze w 1669 r. cech karczmarzy zażądał od władz miasta usunięcia leżącego na pustych miejscach gruzu. Odbudowa postępowała bardzo powoli i Świdnica po tej strasznej wojnie już nigdy nie odzyskała takiego znaczenia na Śląsku, jak przed nią.

Opracowano na podstawie:
1. Krebs  J., Die   Drangsale   der   Stadt   Schweidnitz   im 30jährigen  Kriege  und  speciell  im  Jahre   1627,  (w.) Zeitschrift des Vereins für Geschichte Schlesiens,  Bd. 14, Breslau 1878, s.1-40
2. Radler  L., Schweidnitz  als  Garnisonstadt   (1620-1920), Breslau 1937
3. Radler L., Das Schweidnitzer Land im Dreßigjährigen Krieg (1618 - 1648), (= Beiheft zum Jahrbuch für Schlesische Kirchengeschichte), Lübeck 1986
4. Schirrmann W., Chronik der Stadt  Schweidnitz, Schweidnitz  (ok. 1908)
5. Schmidt F. J., Geschichte der Stadt Schweidnitz, t.1 - 2, Schweidnitz 1846 - 1848
6. Schubert  H., Bilder aus der Geschichte der Stadt Schweidnitz, Schweidnitz  (ok. 1912).

* Eduard Groeger, Der Kreis Schweidnitz nach seinen physikalischen, statistischen und topographischen Verhaeltnissen, Schweidnitz (br.), s. 48.





                                        Wiesław Rośkowicz